niedziela, 19 czerwca 2011

Rozdział pierwszy: Cukier

Rozgorączkowanie mojej ofiary budziło we mnie niepokój. Jej nerwowe gesty i łapczywe łyki nie rzucały się jednak w oczy innych gości. Poszarzałą twarz pokrywała warstwa rozświetlającego pudru, a cienie pod oczami skutecznie krył korektor. Wyglądała jak uosobienie szczęścia. Długi tren białej sukni ciągnął się po kaflach, miejscami oświetlany przez promienie padające przez niewielkie szczeliny w dachu altany. Wyglądała pięknie, skąpana w ciepłym świetle i śmiejąca się w głos. Mimo tego wyczuwałam jej zdenerwowanie. Przyglądałam jej się, ukryta w cieniu powoli pijąc weselnego szampana. Pan młody zniknął, głupia nie dostrzegła również nieobecności swojej druhny. Była naiwna, zbyt zapatrzona w męża, by dostrzegać wszystko wkoło. Bawiła mnie. Była idealna na następną.
Stałam spokojnie, czekając na nią w kuchni, w końcu musiała tu trafić. Nie pomyliłam się.
- Świetna pogoda, prawda?  Mieliśmy szczęście z Gregiem – zachichotała, mijając mnie razem z resztą tortu, przebrana już w wygodniejszą sukienkę.
Przytaknęłam. Ledwie słyszalnie otworzyłam kuchenną szufladę. W końcu natrafiła na moje spojrzenie.
- Przepraszam, nie poznałyśmy się chyba wcześniej. Jesteś od Grega?
*
Cassie zamknęła oczy. Czwarte morderstwo w tym tygodniu, wszystkie popełnione w obrębie jej miasta. Ludzi zaczął ogarniać strach. Ochroną nie było już unikanie błąkania się samotnie po ciemnych zaułkach. Dla zabójcy pora dnia i miejsce nie było widocznie ograniczeniem. Przetarła twarz dłońmi, ostatni raz rzucając okiem na zrobione polaroidem zdjęcie ofiary. Zamordowana jak pozostałe, z rozprutą klatką piersiową. Morderca zwracał uwagę na ułożenie ciał. Żadnej nie pozwolił leżeć w nieładzie. Wszystkie znalezione zwłoki leżały sztywno wyprostowane, z głową zwróconą w górę i dłońmi ściśniętymi razem na brzuchu. Ułożone do trumny.
Dziewczyna wstała, wychodząc przez przeszklone drzwi na nieoświetlony korytarz. Tylko ona została do tej godziny. Skierowała się do łazienki. Jej odbicie w niewielkim lustrze było zmęczone. Kreski wokół oczu rozmazały się, a usta przybrały jasny, siny kolor. Skrzywiła się na widok swojej twarzy. Słabe światło wyostrzało cienie w zapadniętych policzkach. Poczesała się, umyła ręce, po czym wyszła. Po przejściu  drzwi uderzył w nią silny powiew chłodnego powietrza. To lato nie należało do najcieplejszych. Idąc do samochodu mijała imprezowiczów wychodzących masami z pubów. Żałowała, że teraz do nich nie należy. Kiedy zatrzymała się przed maską samochodu mimowolnie wrzasnęła, zwracając na siebie uwagę przechodniów. Na przedniej szybie widniały odciśnięte w krwi ślady dłoni, a na miejscu kierowcy siedziała nieznana jej kobieta. Rozprute płuca były wypełnione cukrem.
*
Rozbawiona obserwowałam reakcję dziewczyny. Krzyczała, może nawet się rozpłakała. Przyjechało pogotowie, policja, ona siedziała samotnie na ławce. Wszyscy byli teraz zainteresowani tylko zwłokami. Dziewczyna, której użyłam jako wiadomości była taka sama jak inne, naiwna i uśmiechnięta. Chciałam zabawić się jeszcze trochę. Szybko odliczyłam należne za drinka, dorzuciłam napiwek, po czym wstałam z wiklinowego krzesła. Przerzuciłam torebkę przez ramię i podeszłam do jasnowłosej dziewczyny. Była rozedrgana, a jej oczy wpatrywały się uporczywie w karetkę, w której ukryte w plastikowym worku leżało ciało.
- Przepraszam, może panią odwiozę? – udawanie współczucia przychodziło mi łatwo. Największą trudność sprawiało mi powstrzymywanie mimowolnego uśmiechu. Nie zareagowała natychmiast, wyrwana z rozmyślań. Spojrzała na mnie dużymi, ufnymi oczami.
- Byłabym bardzo wdzięczna, nie chcę wracać tak późno metrem.
Uśmiechnęłam się serdecznie.
- Szczerze mówiąc też bym nie chciała, o tej porze pełno tam kieszonkowców.
Rozradowaną moją uprzejmością zaprowadziłam do samochodu.

sobota, 18 czerwca 2011

Prolog

Skazana. Bynajmniej nie na więzienie, czy też prace publiczne. Za zbrodnię, której się dopuściłam skazywano na śmierć. Wyrok jednogłośny, wprawiający w zachwyt ludzi stojących przed budynkiem sądu. Manifesty w ostatnich dniach przybrały na sile. Kiedy zostałam wyprowadzona przez masywne dębowe drzwi rozległy się gwizdy, szyderstwa i obelgi. Wściekła tłuszcza napierała na mundurowych, by dotrzeć do mnie. Wieści o rzezi w Woodmoren obiegły cały kraj, ściągając do miasta ludzkie masy żądne krwi sprawcy. Gdyby im pozwolono rozszarpaliby mnie na miejscu. Nie byli w tym lepsi ode mnie. W ich oczach płonęła dzika rządza, która nie była mi obca. Z zadziorną pewnością chciałam zirytować ich jeszcze trochę, żeby wreszcie odważyli się zrobić to, o czym wszyscy myśleli. Z wdziękiem wsiadłam do samochodu, na odchodne posyłając ostatnie spojrzenie manifestującym. Mój brak poczucia winy gorszył i brzydził moich stróżów. Unikali mojego wzroku, skupiając się na tym, co mieli zrobić. Przetransportować mnie bezpiecznie do aresztu, w którym miałam czekać na wykonanie wyroku. Za moje zwyrodnienie skazano mnie na sposób śmierci, którego od dawna nie praktykowano. Publiczne ścięcie miało być chwytem, który przekona tłum do służb mundurowych. Nie bałam się. Umarłam już dawno, na długo przed tym, zanim stałam się mordercą. Tylko trup wyzbywa się emocji.