piątek, 15 lipca 2011

Rozdział drugi: Znajdź mnie

    Obudziłam się nagle. Przez chwilę dyszałam ciężko, bezwiednie przeczesując zesztywniałymi palcami  pościel. Dopiero po chwili uspokoiłam się na tyle, by opaść z powrotem na łóżko. Niebo widoczne przez szparę w zasłonach było jeszcze ciemne i poznaczone deszczowymi chmurami. Nie byłabym w stanie ponownie zasnąć. Podniosłam się ,wciąż ospała obijając się o ściany i palcami poszukując drogi. Po raz pierwszy od dłuższego czasu nie miałam ochoty zabijać. Sama chciałam umrzeć. Kiedy dotarłam do drzwi wyszłam przed dom w nocnej koszuli. Nie czułam skrępowania, było zbyt wcześnie, by spotkać kogoś poza parą zagorzałych biegaczy. Usiadłam na kamiennych schodach, opierając głowę o chłodną balustradę. Spod rzęs patrzyłam na bezdomnego kota snującego się po ulicy w poszukiwaniu resztek. W oddali słyszałam syreny karetek pogotowia. Miasteczko Homiccien budziło się późno, opieszale szykując się na kolejny dzień. Niewielka ilość mieszkańców, którzy odmówili sobie urlopu wolała zaszyć się w domu w strachu przed lejącym się z nieba letnim żarem. W oddali widziałam, jak Wściekły Bill otwiera swój pub. Długo męczył się z zamkiem, szamocząc drzwi i targając długie włosy. Zawsze lubiłam oglądać jego codzienne zmagania. Sposób, w jaki radził sobie z przeciwnościami wywoływał we mnie przekonanie, że nie tylko ja skrywam w sobie demona. Wściekły Bill był jedną z największych atrakcji miasteczka Homiccien, będąc bohaterem szalonej legendy, która opiewała jego i jego pub. Często spędzając czas w jego obecności trudno było jej nie zawierzyć. Monotonnie mierząc wzrokiem miasto stopniowo zdawałam sobie sprawę z ogarniającego mnie znużenia. Minęła chwila, nim zasnęłam.
   Obudziło mnie lekkie pukanie w ramię. Odruchowo warknęłam cicho, strącając dłoń. Uniosłam powieki, odrywając gwałtownie głowę od żelaznej balustrady. Przede mną przyklęknął młody mężczyzna, ubrany w strój do biegania, z postawionymi przez wiatr ciemnymi włosami. Wypowiedział kilka niezrozumiałych dla mnie słów, po czym zachęcająco wyciągnął rękę w moim kierunku. Podciągnął mnie w górę, wciąż uśmiechając się promiennie. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, co on może czuć, a czego ja nie czułam nigdy. Ta część życia nie była przeznaczona dla mnie. Nie miałam pojęcia, jak powinnam zareagować. W końcu odwzajemniłam uśmiech, po czym wymamrotałam kilka słów podziękowania.
- Jestem Willy – przedstawił się. Sytuacja zaczęła robić się dużo bardziej poważna, niż bym pragnęła. Jednak nie mogłam okazywać mu niechęci, zwłaszcza pod czujnym okiem i tak już zbyt podejrzliwej sąsiadki.
- Mandy. Miło mi cię poznać, William. Nie widziałam cię wcześniej, wprowadziłeś się niedawno? – trajkotałam bez sensu, nerwowo mierząc wzrokiem przeciwległe okna. Dostrzegłam kilka starszych kobiet, co znacznie ograniczyło mi pole działania.
- Nie, mieszkam kilka przecznic dalej, właściwie nie zapuszczałem się w tą dzielnicę, ale tu macie trochę chłodniej. Dużo drzew – dodał najwyraźniej uradowany moim zainteresowaniem.
- Naprawdę miło było cię spotkać, Willy, ale niedługo muszę wyjść, a sam widzisz – zachichotałam sztucznie, wskazując na nocną koszulę. Lekko się zarumienił, najwyraźniej nie dosłyszawszy fałszu w moim głosie.
- Pewnie, nie ma sprawy – wahał się, czułam, że za chwilę o to zapyta. Nie myliłam się. – Słuchaj, może dałabyś mi swój numer? Wiesz, miło by było jakoś jeszcze na siebie trafić.
Jeśli podam niewłaściwy będzie biegał tu codziennie, aż w końcu mnie znajdzie. Pozbawiona wyboru wstukałam swój numer na jego komórce, po czym pomachałam na pożegnanie. Wiedziałam, że odprowadza mnie wzrokiem, gdy wspinałam się po schodach.
*
   Wpadłszy do domu osunęłam się po drzwiach. Spazmatyczne oddechy przypomniały mi o inhalatorze. Dopadłam torebki, przeszukując jej zawartość. Po chwili zaczął ogarniać mnie strach. Nie było go tam. Ostatni, zapasowy, wyciągnęłam z kuchennej szuflady. Jeden zgubiłam. W miejscu, do którego nie powinnam wracać.